Przez 17 lat byłam stałą felietonistką niegdyś u nas zakazanego magazynu Playboy. Przestał istnieć zjedzony przez łatwość dostępu do sexu w Internecie. Co miesiąc ukazywał się mój felieton o sprawach męsko-damskich. Pisałam o bardzo intymnych problemach, ale i o zjawiskach psychologicznych i socjologicznych związanych z seksem.
Felietony czytali wszyscy znajomi, ale głównie kobiety, bo były zainteresowane tym, co myślą ich faceci. Wydałam felietony w kilku poradnikach męsko-damskich, dawno temu. Ale ostatnio, gdy byłam na bardzo licznym bankiecie urodzinowym koleżanki, przypomniał mi się tekst pt. Single. Jestem od lat singielką i bardzo to lubię, acz nie zawsze jest to przyjemne w naszej krainie par za wszelką cenę, żon-mamuś kontrolujących synka, którego tatuś, też był kontrolowany, dlatego uciekł. Nie byłam nigdy zainteresowana żonatymi mężczyznami, choć, oni bywali zainteresowani mną i nie tylko mną.
Na to elitarne przyjęcie zostałam zaproszona solo, bo taka jest dola singielki. Chciałam przyjść z młodym kolegą, ale gospodyni, poprosiła, żeby nie. Przyszłam sama, bardzo starannie umalowana i wystylizowana, prosto w paszczę par małżeńskich z 50 letnim stażem. Małżonkowie siedzieli koło siebie i konwersowali z podobnie znudzonymi parami. Wyglądało to jak zjazd gawronów w czarnych strojach. Przyjechałam autem, bo taksówka w ostatniej chwili zrezygnowała, więc nie dla mnie trunki, w ogromnym wyborze.
Przywitałam się ze sporą ilością znajomych i popijałam wodę stojąc przy wysokim stoliku. Miło, bo podchodzi do mnie nieznajomy pan w podeszłym wieku i zaczynamy bla bla-konwersację. Miło nam się gada. Pan nie wzbudza moich rządz, ale wolę stać z nim niż sama. Po paru minutach, spod ziemi wynurza się całkiem ładna starsza pani i włącza do rozmowy, łypiąc karcąco na pana, który okazuje się jej mężem, a więc własnością. Rozsądnie znikam rozbawiona.
Jedzenie pyszne, następny pan wyrasta spod ziemi i zachwala kanapeczki z kawiorem. Nie musi, ale jest miło. Przy drugiej kanapeczce zauważam dość otyłą, ewidentną właścicielkę , która pruje przez salon. Uciekam. Dla świętego spokoju zasilam żeński stolik, który milknie. Nic to! Zachwycam się słusznie ładnymi kreacjami pań, ale to niewiele pomaga, bo atrakcyjna singielka jest jak jastrząb pikujący w stado kuropatw. Szwendam się od grupki, do grupki. Za chwile, znów jakiś nieborak proponuje mi drinka. Omiatam salę wzrokiem, szukam właścicielki. Jest, wstaje daleka znajoma i kiedy JEJ mąż nadchodzi z bezalkoholowym Mohito, wita go tryumfującym uśmiechem z miną mojego tatusia, który karcił mnie spóźnioną, wracającą z prywatki.
Na szczęście zjawiła się normalna koleżanka, sama przywołała męża i wreszcie mogłam się pośmiać, nie oczekując na czyjąś żonę. Tu zwracam się do atrakcyjnych singielek. Drogie koleżanki w niedoli! Żyjemy w społeczeństwie, które na skutek historycznego wychowania, uznaje tylko heteroseksualne pary, nawet jeśli „mamuśka” ma podbite oko. Singlom mówimy, NIE!

Przykro nam, ale dodawanie komentarzy jest zablokowane