Kwestowanie

Listopad 03, 2019 Hanna Bakuła Bez kategorii 0 komentarze

To takie szlachetne żebranie na wyższe cele. Coś z czego jesteśmy dumni, co nas nie poniża, a wręcz wyróżnia. Zaproszenie do kwestowania na warszawskich Powązkach jest zaszczytem, a kwestowanie, ogromną przyjemnością, dlatego kwestują tłumy Vipów. A ostatnio i ich dzieci, zachęcające zabawnymi głosikami do wrzucania pieniędzy do puszek. Działa jak magnes. Atmosfera miłego święta i porozumienia dusz. To zanikające zjawisko jest na Powązkach powszechne. Wszyscy się uśmiechają do „żebraków” którzy hałasują, potrząsając puszkami z bilonem, bo niestety banknoty nieefektownie milczą. Zawsze przynoszę sporo monet, na dobry początek. Pomysłodawcą tego zbierania funduszy na konserwację Starych Powązek był wspaniały człowiek, koneser muzyki, literatury i radości życia Jerzy Waldorff. Do dziś uwielbiają go wszyscy, wraz ze mną. Łączy nas pałac w Radziejowicach, który był miłością Pana Jerzego, a moją jest do dzisiaj. W Jego apartamencie jest muzeum pełne pamiątek i zdjęć. Malowałam  akwarelki przy Jego biurku i cały czas myślałam, jak wspaniałym był filarem polskiej kultury. Zabrzmiało spiżowo, ale nie ma mniejszych słów, aby określić istotę zjawiska zwanego – Jerzy Waldorff. Dziś z dwoma kolegami staliśmy przy Jego grobie, potrząsając jego autentyczną laską. Ozdobiliśmy ją tęczowymi wstążkami i opisem. W sumie, robiła niewielkie wrażenie, tak jakby laski Waldorffa można było dostać w każdym sklepie dla niepełnosprawnych. Kwestujący mieli swoich fanów, a mundurowi przedstawiciele PKP, czy Straży Pożarnej wzbudzali ogólną sympatię bo nam pomagali kwestować. Świeciło piękne, ciepłe słońce. Ludzi było raczej mało, w porównaniu z szaleństwem grobowym z czasów mojego dzieciństwa. Wtedy tłum napierał na bramy, mojego tatusia rozebrał z jesionki z przedwojennego tweedu, bo urwały się guziki. Tatuś został poniesiony przez ludzi, a jesionka została i dopiero we dwóch z dziadkiem stawili czoła napierającej tłuszczy, z chryzantemami niesionymi nad głową i siatkami grzechoczącymi ceramicznymi zniczami, kupionymi wcześniej. Pamiętam każde Święto Zmarłych z dzieciństwa. Taka atrakcja rodzinna, choć było zawsze bardzo zimno, kałuże zamarznięte, czasem padał śnieg. Nogi piekły z mrozu, choć buty ocieplane i wełniane skarpety. Panie w botkach do kostki z sinymi nogami w cienkich pończochach, ale w futrach za to, panowie w paltach śmierdzących naftaliną. Wszyscy w kapeluszach, które były bardzo modne, lub w futrzanych czapkach. Pojawiały się czasem berety baskijskie z napisem w środku (wujek miał taki) „Bereto Basquo impermuta bilita”, tak zapamiętałam, bo brzmiało śmiesznie. Takie berety, przywoziło się zza granicy. Gołych głów się nie nosiło. Cmentarz przy bramie wyglądał jak tratwa z uciekinierami. Wszyscy się pchali. Mojej mamy w ciąży ze mną o mało nie rozgnieciono o mur. Panowie z mojej rodziny musieli ją wyswobodzić waląc na oślep, bo podobno było bardzo niebezpiecznie. Po co to komu? Żadnej przyjemności, raczej coroczny obowiązek, z zapaleniem oskrzeli w tle. Teraz jest odwrotnie, same uroki, cudowna atmosfera,  ludzi nie ubyło, tylko organizacja lepsza. Kwestowanie na Powązkach to miły rytuał. W biurze cmentarza dostaje się zaplombowaną, metalową puszkę na parcianym pasie do powieszenia na szyi. W środku jest kartka z nazwiskiem, żeby ocenić kwalifikacje kwestarza . Zbiera się średnio około 1000- 1500zł przez 2-3 godziny. Kilka lat temu Prezes Trybunału, prof. Rzepliński, zebrał w godzinę ponad 15.000 tysięcy i kilkakrotnie musiano mu przynosić nową puszkę. Są faworyci. Znani aktorzy i dziennikarze,  fajni politycy, przedstawiciele przyjaznych zawodów i osoby wielowątkowe, tak jak ja . Kiedy już okazuje się, że mamy kręgosłup wracamy do bazy gdzie czeka kawa i herbata oraz ciasta. Zawsze takie same. Bajeczny makowiec z przewagą maku, pączki z różą, a tym razem, strucla owocowa z kruszonką. Wszyscy się znają od lat, bo kwestujemy w prawie tym samym składzie, więc siedzimy i gadamy a przede wszystkim żartujemy. Niby powinniśmy być zadumani i smutni, ale to akurat mamy na co dzień. Powązki są pięknym parkiem, gdzie warto się wybrać na spacer, ot tak. Tłoku nie ma, a są kwestujący i warto sprawić im przyjemność, wrzucając jakąś znaczną sumę na konserwację najpiękniejszego warszawskiego cmentarza, choć stara, XIX wieczna nekropolia na warszawskim Bródnie też ma swoją tradycję i romantyczne miejsca ze starymi grobowcami.

Na zdjęciu Hanna Bakuła i Barbara Nowacka z dziećmi, w tym jedno zaprzyjaźnione.

Herbata góralska zmodyfikowana.

Do, dużego kubka z wrzątkiem włożyć goździki i imbir, zaparzyć, wkroić kilka plasterków cytryny, po 2 minutach wycisnąć i wyjąć. Wlać kieliszek miodu, wymieszać. Wlać spory kieliszek wódki czystej, lub nalewki, wymieszać. Można pić, również nad morzem.        

 

Przykro nam, ale dodawanie komentarzy jest zablokowane