Moda na nawadnianie zapanowała nagle w Nowym Jorku w latach osiemdziesiątych XX wieku i każdy szanujący się osobnik musiał mieć ze sobą butelkę wody i gdy czuł się jak żaba na asfalcie, to pił demonstracyjnie, pokazując jaki jest nowoczesny. Tu muszę nadmienić, że upały w NY, przekraczają czasem koło 40 stopni C. Ja napijałam się w domu, albo w jakimś coffie shopie, więc noszenie butelki nie było konieczne.
Lepiej późno niż wcale, moda na dowadnianie się, niekoniecznie w upały, przyszła do Polski. Nagle większość młodych ludzi popija sobie co minuta, czując się zdrowo i światowo. Nawet ostatnio, gdy huragan wyrywał drzewa, przechyleni młodzi przechodnie dbali o nawodnienie.
Picie na ulicy i w tramwaju, nie wydaje mi się niezbędne. Chyba, że ktoś ma kaca giganta, ale podobno, upijamy się rzadziej. Do tego dochodzi nagminne jedzenie na ulicy wielkich buł albo kapiących falafeli. W jednym ręku piciu, w drugim pożywienie.
Pochodzę z odchodzącej generacji, którą uczona, że nie je się na ulicy tylko w domu lub knajpie. Zważywszy, że człowiek może wytrzymać bez jedzenia około 40 dni, zażeranie się w marszu lub w środkach transportu, uważam za niekonieczne. Prym wiodą chudzi inaczej, niegdyś zwani grubasami. W jednym ręku buła, w drugim komórka, a na głowie konieczny z niewiadomych powodów kapturek mnicha średniowiecznego lub gumisia z dobranocki.
Przecież osoba z nadwagą, ma zapasy pozwalające jej zdążyć na obiad w domu albo w jakimś miłym barze szybkiej obsługi. Chudzi jedzą mniej i raczej nie na ulicy. Mamy pierwsze miejsce w UE w sprawie otyłości dzieci, które maszerują zajadając to co rodzice albo chipsy z wielkiej torby.
Patrząc na zakupy młodych matek a i tatusiów w supermarketach widzę jak wrzucają do koszyków wielkie opakowania bardzo niezdrowych, chemicznych przysmaków. Przyglądam się ciekawie, bo są one w różnych smakach i kolorach, od bladego kartofelka, do ognistych oblepionych papryką kawałków czegoś udającego pokrojony bekon. Nie będę wymieniała więcej, bo mi już niedobrze. Do tego kochające mamusie i tatusiowie, lekką ręką wrzucają dwulitrowe butelki słodkich napojów, żeby sobie pociecha ze smakiem popiła porcję syntetycznej trucizny.
Co mnie to obchodzi? A obchodzi, bo z moich podatków płaci się za leczenie osób zatrutych chemią spożywczą i zawałowców, zatrutych czymś innym i papierosami.
Ale wracając do groteskowego popijania na ulicy idąc szybko w temperaturze 6 stopni C. Dlaczego nie wiemy, że nawadnianie połączone z hamburgerem kapiącym tłuszczem, jest niezdrowe i wygląda, jakby głodomorek nie miał domu ze szklanką i talerzem. Czemu nie wzorujemy się na amerykańskich szczupłych aktorkach i aktorach, którzy się nie nawadniają na wręczeniu Oscarów, tylko na siłowni, gdzie są sami z trenerem. Czemu nie nawadniają się lekarze na korytarzach szpitali, Biskupi na Synodach? Senatorowie w czasie sesji? Ponieważ nie jest to konieczne. Jak już pisałam, człowiek może być nie nawodniony dość długo. Starsze osoby krócej, a mimo to nie widzi się pary staruszków popijających z butelki na wiosennym, a tym bardziej zimowym a spacerze.

Przykro nam, ale dodawanie komentarzy jest zablokowane