Pompony w Sopocie

Luty 12, 2018 Hanna Bakuła Bez kategorii 0 komentarze

Z Agnieszką Osiecką zaczęłam jeździć do Sopotu zimą, a całe życie jeździłam z Mamą i Babcią tylko latem. Zimą w Zaiksie było tylko kilka osób, w tym my, Zbynio Rykowski z Polityki i zawsze Stefan Kisielewski. Było to w latach osiemdziesiątych. Przylatywałam na 2 tygodnie z Nowego Jorku i to za darmo, bo miałam wylatane mile w Panamie. Jeden tydzień był, na zawsze tonący w śniegu, Sopot. Łabędzie przymarzały do lodu i zawsze ci sami ludzie oswobadzali je przy pomocy termosów z gorącą wodą. Łabędzie syczały i chciały ugryźć, bo ptaki są głupie, w przeciwieństwie do psów, które wiedzą, że im się pomaga, choć znam niektóre nienormalne rasy, które gryzą własnych panów i to po nic. Może im się nie podoba zapach perfum? Z Agnieszką potrafiłyśmy świetnie mieszkać w jednym pokoju. Obie nie chrapałyśmy, obie gadałyśmy chętnie po nocach i czytałyśmy w łóżku. Ja, jako córka wojskowego, skracałam czas w łazience do minimum. Agnieszka się rano dematerializowała. Nigdy na nią nie wpadłam w dość małym pokoju. Mam jeszcze dwie takie koleżanki i trzech kolegów, z którymi nocowanie nie sprawia mi, ani im żadnego problemu. Z nimi podróżuję. Myślę, że to kwestia kultury wyniesionej z domu, gdzie bez względu na ilość domowników, była jedna łazienka, za to z wanną i wszyscy kulturalnie z niej korzystali. Tylko Tatuś czasem blokował, bo robił miny do lustra, co było widać przez matowa szybę.

W zasypanym śniegiem Zaiksie siedzieliśmy wieczorami w naszym pokoju, bo było za zimno na chodzenie do Spatifu. Wpadał Zbynio z pokoju obok, z buteleczką czegoś i głównie chichotaliśmy, jak pensjonarki, ale mądre. Koło północy zawsze rozlegało się pukanie w ścianę, to nasz ukochany Kisiel nie mógł spać. Wtedy albo szliśmy do jadalni, albo do łóżek. Następnego dnia groził nam palcem przy obiedzie, a potem dosiadał się na kawę i opowiadaliśmy sobie książki. Przed zmrokiem szłyśmy na plaże pooglądać łabędzie z różowymi kuprami, bo czasem pióra, częściowo zostawały w lodzie i szłyśmy w stronę Gdańska promenadą, pijąc z piersiówki zdrowie co ładniejszych willi. Podobny zwyczaj miałyśmy na Saskiej Kępie. Do wypicia po łyczku brandy upoważniała nas harmonijna zgoda, choć czasem, jak była dłuższa przerwa, Agnieszka chciała pić zdrowie byle- domków. Niedoczekanie. Do Sopotu jeżdżę kilka razy w roku na parę dni. Moczę się w cudownych wodach solankowych, znanych w całej Europie, jem kolacje z sopockimi przyjaciółmi i mam swój Sopot od mola w stronę Orłowa. Nie przekraczam granicy w sezonie.

Sopot się zmienił w prawdziwy kurort i wygląda jak gabinet niemieckiego lekarza. Porządek, wypucowane, odśnieżone, mnóstwo nowych hoteli i turystów. Oczywiście, jest ich sto razy mniej niż latem, ale sporo, żeńska połowa i to w każdym wieku, nosi czapki z pomponem, czasem wielkości głowy. Czapki włóczkowe, pompony z futra lisiego farbowanego na różne kolory. Na białym śniegu podskakują futrzane kulki. U nas, jak coś modne, to począwszy od pomocy domowych, do dyrektorek koncernów, nosi się to samo, tylko różnica w gatunku.

W tym roku roi się od pomponów. Wygląda to prześmiesznie, jak damskie wojsko krasnali. Może to już minister powołał leśne ludki do zbierania gilz po kulach, naszych amatorskich, niewykwalifikowanych żołnierzyków i zrobił im zlot integracyjny w Sopocie, żeby zagrać na nosie Angeli M. Mieli Niemce Sopot i nie mają. Zygu, zygu. Polskie pompony w polskim kurorcie!  A tak przy okazji, to my utrzymujemy leśne ludki z karabinami bez amunicji i to w XXI wieku. Ja i Państwo płacimy pensje mianowanym i wyrzucanym amatorom zabawy w politykę. Czemu się o tym nie mówi? Przecież to my finansujemy ochronę prezesa, budowę stacji we Włoszczowej, asfalt do chatynki Premier S. Ars longa, vita brevis. Co, w wolnym tłumaczeniu znaczy, Premier przemija, droga zostaje. To za moje pieniądze drukuje się idiotyczne paszkwile na billboardach. To ja płacę za benzynę do służbowych aut dla byle kogo. Oni ciągle kogoś rozliczają, może by im zrobić międzynarodowy audyt, bo to można podciągnąć pod działanie na szkodę firmy, czyli kraju. Taki śliczny Sopot, a myśli ciężkie.

Mam  kosztowną czapkę z pomponem z lisa i wyszywaną perełkami, kolor szary, ale noszę ją tylko w torbie, bo strasznie gniecie włosy i jestem w niej nie do poznania, bo zasłania czoło i fryzurę. I tak raz w roku muszę mieć zapalenie zatok, za chodzenie bez nakrycia głowy, więc spokojnie czekam nakładając kaptur obszyty futrem, drugą modną w tym roku rzecz. Tego mnisiego nakrycia głowy nie znoszę i czuje się jak Eskimos, ale szczęśliwy. Zegar sopocki bije co pół godziny, za oknem wieje, aż się kładą drzewa, nijakie morze z wątłymi falkami, a ja czuję się  doskonale i sobie bimbam na Warszawę.

 

 

Zupa z białych warzyw.

 

Gotujemy z przyprawami klasyczny bulion warzywny, tyle że z przewagą korzenia pietruszki, korzenia selera, selera naciowego i dodajemy kalafior w różyczkach. Kilka zostawiamy do podawania. Po 40 minutach miksujemy  wszystkie jarzyny, oprócz marchwi, tak żeby uzyskać gęstość średniej śmietany. Dodajemy dużą łyżkę świeżego masła, sporo białego pieprzu i szczyptę mielonej gałki muszkatołowej, mieszamy dokładnie. Można zaprawić śmietaną i dolać kroplę oleju z chili. Do miseczek wkładamy pojedyncze, krócej gotowane, różyczki kalafiora i podajemy z groszkiem ptysiowym.

 

Przykro nam, ale dodawanie komentarzy jest zablokowane