Kilka rzeczy różni nas nawet od najbardziej cywilizowanych zwierząt. Są to: umiejętność organizowania zabawy, taniec, nie godowy, żarty bez przyrządów (liany i skoki po drzewach), umiejętność gotowania, serwowania, tworzenia poezji, muzyki, czytania i pisania, oraz grania w gry.
Człowiek je wymyślił celem umilania sobie czasu. Zawsze grał w kości, szachy, madżonga i karty, które były w Renesansie pięknie zdobione przez wielkich malarzy i kosztowały fortunę. Znane były różne gry, w tym układanie pasjansów (sprawdzić w Necie). Była to enklawa dla bogaczy, ale się skończyła, bo od XV wieku wymyślono drukowanie kart. Pierwsza drukarnia w Europie powstała w Krakowie, gdzie z drewnianych klocków z wyrytymi figurami, drukowano karty dla plebsu. Wtedy się zaczęło.
Powstawały coraz to nowe gry, niektóre są popularne do teraz. To wstęp, bo widzę, że coraz więcej osób nie umie, więc i nie lubi w nic grać. Nawet się tym chwalą. Zamiłowanie do gier, zwykle wynosi się z domu. Miałam szczęście, u mnie wszyscy umieli grać we wszystko. Były talie kart w pudełkach do brydża i pokera. Były dla mnie-małej karty do gry Piotruś, loteryjka, gra w inteligencję, gdzie trzeba było odpowiadać na pytania i jak odpowiedź była dobra, zapalało się światełko. W warcaby do teraz lubię grać, z szachami nigdy mi nie szło, potem mając 8 lat nauczyłam się grać w tysiąca, mając 10 w brydża, bo zawsze kibicowałam rodzicom i mogłam w razie niedoboru czwartej osoby być „Dziadkiem”, czyli trzymać karty i starać się prawidłowo dokładać.
Strasznie na mnie krzyczeli. Mój ojciec – wojskowy, był wybitnym brydżystą i mistrzem. Często wyjeżdżał na zagraniczne turnieje. Mama grała słabo i nigdy się nie nauczyła lepiej. W moim domu często byli goście, grano, śpiewano i tańczono. Odkąd pamiętam, był patefon dziadka do starych płyt z klasyką i Ordonką i adapter rodziców do analogowych z piosenkami.
Szalałam za rumuńskim szlagierem „Marynika”. Potem była wersja polska, też szalałam. Umiałam śpiewać wszystkie modne piosenki.
Mój dzień, gdy miałam 6-7 lat wyglądał tak:
Rano śniadanie, odsmażany domowy makaron z wielkim kubkiem gorącego mleka. Nienawidziłam.
Drugie śniadanie: herbata, chleb z masłem, dżemem domowym, posmarowanym śmietaną, 2 godziny na rowerze po ulicach bez samochodów, a zimą łyżwy na zamarzniętym bagnie.
Obiad: zawsze tłusta, pyszna zupa, kotlecik z kartoflami i surówką. Kisiel albo budyń.
Kolacja z dorosłymi, różne, smaczne rzeczy, kiełbasa pieczona, kaszanka smażona z cebulką, zimne nóżki, szynka- samo zdrowie.
Zwano mnie, nie na próżno „Hanią Banią”. Byłam bardzo pulchna i miałam wszędzie dołeczki. W nocy, do późna czytałam przy latarce a zimą po obiedzie grałam we wszystko z Babcią, Dziadkiem i dziećmi sąsiadów. Albo robiłam dla rodziny i chętnych teatrzyk kukiełkowy.
Kukiełki malowałam i przyczepiałam pinezkami do patyków. Stałam za prześcieradłem wiszącym na sznurku w pokoju albo w ogródku. Dialogi były moje. O królewnach i czarownicach. W nagrodę mogłam oglądać „Kobrę” i filmy Disneya.
Miałam swój szałas z gałęzi klonu i pracownie malarską na każdym stole, poza kuchennym, bo był potrzebny. Bloki rysunkowe, kredki świecowe, drogie kredki czeskie, akwarele i pędzelki. Nie miałam chwili czasu. Nie było komputerów, gier, komórek, Internetu, a mimo to wyrosłam na zdolną, inteligentną, pomysłową dziewczynkę. Może warto nauczyć dzieci tego w co graliśmy my, bo to zdrowsze i ciekawsze do strzelania do potworów. A w wakacje, szlaban na komputer. Jest piłka, rower, no i gry planszowe.
Jeszcze dwa tygodnie!

Przykro nam, ale dodawanie komentarzy jest zablokowane