Należę chyba do nielicznego grona osób, które nigdy nie zakochały się wiosną. Chciałam, ale zawsze zakochiwałam się w listopadzie i grudniu a śluby brałam latem. Taka karma i wszystko przede mną. Stan zakochania nie ma sobie równych. Pan Bóg zapala lampkę i nagle wariujemy na punkcie jakiejś zwykle zwykłej osoby. Magiczne światło sprawia, że widzimy tylko zalety, a jak ich nie ma, to od czego wyobraźnia.
Znajomi krzywią się niemiłosiernie, błagają, o pozostawienie obiektu naszych uczuć na poboczu naszej drogi życiowej i powrotu do krainy rozumu. Miałam takie błagania kilkakrotnie i nigdy nie posłuchałam. Musiałam się sparzyć z własnej woli. Kiedyś, moja cudna, śp. przyjaciółka Basia, na widok nowego amanta, którego przywiozłam do Krakowa, będąc pewna jej zachwytu, krzyknęła na jego widok-Jezus! Maria! I zaczęła chichotać, co złagodziło sytuację. Po czym zawołała mnie do kuchni i błagała żebym go natychmiast rzuciła i wyrzuciła.
A mnie to zajęło kilka lat, oczywiście zakochanie blakło jak stara kanapa, ale z rozpędu dość późno to zauważyłam głucha i ślepa, na szczęście do czasu. Jak napisał francuski poeta- „miłość, na którą cierpię, jest śmiertelną chorobą”, a ktoś inny powiedział, że chorzy ślepną i kładą się do łóżka. Ciekawe, czy istnieje na świecie osoba zdrowa psychicznie, która by choć raz nie była zakochana? Ja, byłam kilka razy i chyba warto było, poza dwoma wyjątkami.
Groźne jest to, że na koniec naszego zakochania nie wyciągamy żadnych wniosków i za pewien czas identycznie ślepniemy i powtarzamy te same błędy, tyle, że z inną osobą.
Od pewnego czasu nie jestem zakochana i bardzo mi tego brakuje. Z wiekiem człowiek (w tym wypadku kobieta, bo mężczyźni z wiekiem tracą rozum, podczas, gdy my go nabieramy.) widzi więcej i ma bazę danych kilkakrotnie lepszą, niż w młodości. Powoduje to wyostrzenie wzroku i słuchu, wzrost krytycyzmu i autokrytycyzmu, oraz rozsądną ostrożność. Na co innego zwracamy uwagę i wiemy z doświadczenia, że jak każda choroba, miłość mija. Często nagle, ale zwykle jest to długi proces. Nagle, przeszkadza nam chrapanie ukochanego, gulgotanie przy piciu, za głośne gryzienie jabłka, zapominanie, że już znamy jego historyjkę, jak był malutki i wujek Rysiek się wywrócił na ciocie Danusię, której było widać majtki. Historyjka świetna. Ale opowiadana 10 raz, nie jest aż tak ciekawa, jak była, gdy umierałyśmy z miłości.
Używając tego pięknego, acz wrednego słowa, nie mam na myśli miłości małżeńskiej po 30 latach ani miłości do rodziny, dzieci czy kotów i psów. Mam na myśli nagłe trzęsienie ziemi, połączone z kołataniem serca i uczuciem głupkowatego, metafizycznego szczęścia. Tego wszystkim i sobie życzę z okazji nadchodzącej wiosny kalendarzowej.
Niestety, moi niezakochani przyjaciele, na siłę zakochać się nie da, bo serce nie sługa, chyba, że owinięte w banknoty. C.B.D.O

Przykro nam, ale dodawanie komentarzy jest zablokowane